Strona:Adolf Dygasiński - Zając.djvu/166

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ku kupa suszu zatrzęsła się z trzaskiem i runęła z łomotem. Przez krótką chwilę dawało się słyszeć głuche dudnienie, szum krzaków, co sprawiało wrażenie trzęsienia ziemi. Jednakże prędzej niż się to daje opowiedzieć, olbrzymi odyniec wyskoczył w susach nadzwyczajnych, spojrzał na strzelców, zaledwie przystając, fuknął straszliwie: „uf!“ i rzucił się na obręcz myśliwską.
Zdumieni tem niespodziewanem zjawiskiem strzelcy szeroko się rozstąpili na prawo i na lewo, aby dać przejście królowi boru, który ze szczeciną zjeżoną na grzbiecie, groźnie połyskując białymi kłami, sadził w potężnych skokach.
Dopiero kiedy dzik już wypadł za łańcuch myśliwski, rzęsiste strzały sypnęły się na jego tyły i boki. Pod gradem szrótu zajęczego żachnął się gniewnie, zarył ziemię kłami, podskoczył tak, że z pod racic jego omszona darnina furknęła w powietrzu, i pognał do boru.
Tu odyniec na strzelców szyje, strzały grzmią za nim i cała uwaga myśliwych na niego się zwraca; a nasz szarak bezuchy za dzikiem prawie trop w trop z kotła się wynosi, pomyka za obławę i tak pędzi, jak gdyby szedł z dzikiem na wyścig.
Jeden Malwa go tam tylko zauważył, uśmiechnął się, a mimowolnie tak sięgnął do czapki, jakby znajomego chciał powitać. „A to