Strona:Adolf Dygasiński - Zając.djvu/165

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Dziś jest tu polowanie „do kotła“; myśliwi obrali sobie ową kupę suszu za widomy środek swej obręczy i krokiem równomiernym zbliżali się ku niej, zgarniając jakby do matni zwierzynę, która podówczas przebywała w krzakach porębiska. Strzelec Malwa i teraz prowadził, ustawił myśliwych.
Razem z innymi szarakami oskrzydlono tu także naszego bezuchego i pędzono do kotła.
Ostatnia chwila nadeszła, kiedy osaczonym i coraz bardziej napieranym zającom nie pozostawało już nic innego, tylko rzucać się na łańcuch myśliwych, pod nóż iść z rozpaczy. Jeden jakiś niecierpliwszy, w gorącej wodzie kąpany, wyrwał się właśnie pierwszy, uderzył z rozpędem na linię bojową i, zaledwie ją przekroczył, padł rażony strzałem. „Pa-af! Pa-af!“ Zagrzmiało, a kot wrzasnął płaczem nowo-narodzonego dziecka i wśród dziwnych podrygów, mąk konania, zajęcza dusza jego wyzwalała się z ciała.
Przeciągłem echem grzmotu rozległ się w przyległym boru huk dwóch strzałów, jak straszna groźba zniszczenia poniósł trwogę mieszkańcom leśnym i zapewne niejednego postawił na nogi.
Ależ i w kotle zrobił jakiś zamęt, ruch nadzwyczajny! Osaczone zające wyskakiwały ponad krzakami, jak gdyby usiłowały zobaczyć co się wokoło nich dzieje, a widoczna w środ-