Strona:Adolf Dygasiński - Zając.djvu/164

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


również spotyka nacierających w taki sam sposób i w którąkolwiek stronę się zwróci, wszędzie trafia na ludzi postępujących ku niemu coraz bliżej. Obręcz żywa wygląda jak wąż, który utworzył koło, wziął ogon w paszczę i wsuwa go w siebie nieustannie, zacieśniając owe koło. Można oszaleć w takiem zamknięciu, miarkując co się dzieje. Napór strzelców popycha zająca ku środkowi, strach ciągle wzrasta, przeczucie złowrogie szepcze: „Tam cię zguba czeka!“ Prześladowcy następują, idą jak woda, obręcz stała się obrączką... „Gwałtu, jakże tu ciasno!“
W środku tego przeklętego koła jest już kilka ofiar, które straciły głowę, kręcą się w popłochu, skupiają, szamoczą, biegają i jedne drugim udzielają swej trwogi. Ah, gdzież są duchy opiekuńcze, czuwające nad istotami żywemi! Gdzie jest jaka siła, która cudem ocalić zdoła?... Sam sobie radź, zającu, a gdy nie umiesz, to zgiń, przepadnij!
Jest w Morzelanach porębisko, zwane tu „zielanki“, gdzie po wyrąbanym lesie zostały pnie tylko, a z pni puściły się młode odrośla i kępkami rozrzuconemi zakrzewiły w części tę przestrzeń, świadcząc, że, aby wytępić życie, trzeba je do krzty wykorzenić, a ziemię zaorać i obsiać ziarnami innego życia. W środku porębiska wznosił się stos suchych gałęzi, chróstu, co Malwa „suszem“ nazywał.