Strona:Adolf Dygasiński - Zając.djvu/162

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


jednak... W gąszczach borów, na rozległych obszarach łąk i pól zbożowych, wśród bagien i moczarów zarosłych sitowiami, daremnie szukasz bezpiecznego schronienia, biedny zającu! Chciwość i żarłoczność są czynne, pracowite, nie znają wytchnienia. Oto jedni prześladowcy znużeni spać idą, a już drudzy ze snu się budzą, wstają raźni i prześladowczą pracę śpiących z zapałem biorą na siebie. Niema tam nigdy zawieszenia broni, gdzie z jednej strony są liczni nieprzyjaciele, a druga strona wojująca tylko ucieka! Psy, lisy, wilki, węszą w tropach, a po ścieżkach znowu wszędzie — zasadzki strzelców i łowców. Jakże tu odgadnąć, co jest zdradliwsze: przerażające wrzaski naganek, czy ta obłudna cisza zasadzki? Krzyki, hałasy, strzelanina, no i uciecha ogromna, gdy wypłoszą szaraka, gdy tajemnica jego ukrycia na jaw wyszła. A jak się starannie usprawiedliwiają ci, którzy spudłowali! Gotowi są dowodzić, że zając jest charakternikiem i ołów się go nie ima. Nie, nie, chytrość w życiu wyraźnie jest cnotą cnót, gdyż ona jedna zwycięstwa rozdaje! Widocznie najchytrzejsi przez własny interes za niecnotę ją podają. Gorzko drwi sobie z cnoty Brutus zwyciężony, a Kato śmiercią ją chce ocalić.
Ogary-ciućki dowodne, gorliwe, sprężyste i służbiste, jednakże po największej części-głupie: można je w kółko po lesie wodzić. Wszel-