Strona:Adolf Dygasiński - Zając.djvu/161

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


tropili różni współżyjący! I to z różnych powodów: przez interes osobisty, dla dobra powszechnego, przez złość, z miłości i dla jego własnego dobra. Wziął nogi za pas i uciekł im rzeczywiście, raz na zawsze. Choć go tam jeszcze obedrą ze skóry, upieką na rożnie i zjedzą ze smakiem, on już nie poczuje.
Jakże można być nieszczerym za życia, — mieć tajemnice, zaszywać je w najgłębszych kieszeniach duszy, stawiać na ich straży całą miłość życia, całe swoje zajęcze ja powoływać do ich obrony! Czyż nie należy wyznać grzechów i pokutować, — ogłosić światu swe cnoty i stać cię sławnym? O, nie! Skończony zając musi wszystko bardzo troskliwie ukrywać, przyoblec tajemnicą caluteńkie swe życie: rozkosz, cierpienie, głód, miłość, występki, cnoty, śmieszności. On nigdzie naokoło siebie nie widzi najmniejszej podniety do szczerości. Namiętna złość otoczenia wyszczerza oto zębce chciwe kąsania, szarpania i duszenia. Ona otwiera paszczę, łaknącą krwi jego, dyszącą mordem, a ślepie jej iskrzą się straszliwie nieprzejednaną żądzą ścigania i prześladowania.
Wilki żarłoczne, lisy chytre, psy gorliwe, jastrzębie okrutne, wrony i sroki zgłodniałe, czyhają na zgubę ciągle tylko zmykającego zająca. Marna sława gracza jest jego udziałem wtedy, gdy się doskonale ukrywa i wybornie ucieka. Ale zającem nie przestaje być