Strona:Adam Mickiewicz - Dziady część III.djvu/18

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nad brzegi: »bania z poezją« pęknąć musiała, na szczęście dla poety i dla naszej poezji... Co z tego skłębionego waru uczuć i żalów buchnęło najpierw: czy skarga Polaka na zgwałcenie jego najdroższych nadziei, czy tytaniczny bunt myśli ludzkiej przeciw nieodgadnionym wyrokom myśli Bożej? — tego na pewno nie będziemy już nigdy wiedzieli i to, ostatecznie, może nam być obojętne. Z psychologicznego punktu widzenia jest rzeczą jasną, że niebotycznym wierzchołkiem owych prometeuszowych myśli, nękających poetę od r. 1829, była Improwizacja Konrada. Co więcej; Improwizacja Konrada jest nietylko najsilniejszym objawem natchnienia, ale jest poprostu tak gwałtownym, żywiołowym niemal wybuchem twórczości, tak potężnem wyładowaniem się nagromadzonych w poecie przez lata całe prądów tytanicznych, że musimy jej dać chronologicznie nawet, pierwszeństwo przed wszystkiemi innemi scenami III-ej części Dziadów i uznać, że zrodziła się ona w Dreźnie, bardzo wcześnie w kwietniu 1832 r., może tej samej nocy[1] po owym pamiętnym dniu, kiedy się nad poetą »bania z poezją rozbiła«. To pewna, że jako człowiek gorąco wierzący pragnął co rychlej pozbyć się tego grzechu pychy, do której się poczuwał w sumieniu. Sam potem uważał Improwizację za »zwrotnikowy (a więc

  1. Mickiewicz opowiadał tłumaczowi swemu, Burgaud des Marets, że czas w twórczości nie ma znaczenia. »Wszystko zależy od intensywności natchnienia; monolog Konrada napisałem w ciągu jednej tytko nocy«.