Strona:Abu Sajid Fadlullah ben Abulchajr i tegoż czterowiersze.djvu/44

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


LXXXIV. [1]

Gdy na twarzy twéj meszek uźrzałem srebrzony,
Wyrwało się z méj piersi sto słowiczych jęków:
Fijołek z mchu, zazwyczaj, wonna twarz podnosi,
A tu na opak meszek wykluł się s fijołka.



LXXXV.

Powróć, by moje teskność zoczyć i serdeczność,
I onych nocy długich lękliwa bessenność...
Lecz nie — o! — nie powracaj! bredzę! Kiedyż bowiem
Mógłbym spłacić dług życia, patrząc w oczy twoje?



LXXXVI.

O trosko, co rozdarszy cierpliwości welon,
Zakradłaś się, wpatrzona w oczy me przyćmione:
Noc. Ma pani daleko. Żaden człek nie czuwa.
Zamorduj mię! zamorduj! jestem sam — sam jeden!



LXXXVII. [2]

Od twych to wrót zisczenia ludzkich pragnień płyną,
Przychylność twa spoczynek przysposabia ziemski;
Z łaskawéj woli Boga, aż do zmartwychwstania
Twój złoty sztandar będzie z wież powiewał świata.



  1. LXXXIV. Wiérsz odmiennie przełożony; w pierwowzorze brzmi: W chwili, gdy s koła twéj róży (twarzy) wyszedł na wiérzch hijacynt (meszek) sto jęków słowiczych wyszło ze mnie; zazwyczaj s zieloności róża wychodzi na wierzch, rzecz dziwna, że zieloność wyszła z róży.
  2. LXXXVII. Jest to prawdopodobnie jedyny wiérsz panegiryczny Abu Sajida, niewiadomo wszakże, komu poświęcony; może jednemu z mistrzów, których uwielbiał?