Strona:Abu Sajid Fadlullah ben Abulchajr i tegoż czterowiersze.djvu/25

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


VIII.

Wróg, kiedy na mnie patrza, samą złość postrzega,
Każda wina w trójnasób w oczu jego roście.
Tak! ja jestem wzierciadłem; a kto na mnie wziéra,
Ni złe, ni dobre, jedno: własne ja ogląda.



IX.

Wołałem: O, bogini ma tulipanowa,
Kochanko! we śnie ukaż wdzięki posągowe.
Odparła: Gdy bezemnie chadzasz na spoczynek,
Przecz mi każesz się we śnie marą ukazować?



X. [1]

Dopokąd bakalarnie i szkoły nie runą,
Kalendrów dzieło wielkie nie dobieży końca.
Dopokąd wierny gjaurem, gjaur wiernym nie będzie,
Nie zostanie człek żaden zacnym nabożnikiem.



XI.

Kochanko! myśli moje troska w kłąb związała,
Twoja strzała zraniła serce me — kochanko!
Mawiałaś: Opiekunką jestem serc zranionych...
Oto patrzaj, ja także serce mam rozdarte.



  1. X. Członkowie zboru derwiszów, golących głowy i brody mianowali się kalendrami. Sektę tę założył był Kàlender Jusûf z Endaluzu. Przydomek przez niego przyjęty kâlender znaczy: sczére złoto. Kalendrowie oznaczali się czystością serca, siłą i pięknością umysłową, jednym słowem łączyli w sobie pojęcia: rozumu, zacności i pobożności. Szkoły ówczesne, jak widać z danego wiérsza, musiały być, podobnie do dzisiejszych, fabrykami fałszowanych ludzi.