Strona:A. Lange - W czwartym wymiarze.djvu/71

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Szkoda chłopa — mówił Andrzej — posiekali go na drobne kawałki.
— Bardzo dobrze z nim zrobili — stentorem odparł Franciszek.
— Zawsze jesteś nieludzki — oburzył się Edward.
— Może być, ale jeżeli dla podniesienia ludzkości trzeba będzie wyrżnąć dziesięć tysięcy takich jak on — to wyrżniemy ich z czystym sumieniem. Bo cóż on miał za związek z rzeczywistością? Żył tylko snem, a czyż sen jest w jakimkolwiek stosunku z produkcją? W żadnym. Arfon stał poza wszelką produkcją. Był to człowiek nierealny, jego życie było nierealne — i jego śmierć jest nierealna.
— Rzeczywiście — pomyślałem sobie — moja śmierć wcale nie jest realna, ale dla czego ten wałkoń Don Pedro tak powoli mnie wiezie na cmentarz?
Natychmiast się podniosłem i kilka razy dałem infantowi po karku.
— Cóż to, psia mać, Najjaśniejszy Panie, jedziesz tak powoli? Pędź galopem.
— Jak ta sobie chcecie, panoczku. Polecę jak aeroplan. (Tak odpowiedział Don Pedro, ale właściwie był to Pietrek z Jaworowa).
I natychmiast polecieliśmy z najwyższą szybkością. W parę minut byliśmy na szczycie Giewontu, potym wskoczyliśmy na Łomnicę, z Łomnicy na Murań, z Murania na Zawrat, z Zawratu na Polski Grzebień.
— No, dosyć już, dosyć! Gdzież ten cmentarz?