Strona:A. F. Ossendowski - Mali zwycięzcy.djvu/63

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


prostą piosenkę. Cicho szemrał wietrzyk w zaroślach tamaryndowych krzaków i w koronach czarnych, sędziwych modrzewi.


Rozdział V.
Niespodziewane spotkanie.

Trzy dni szalały wicher i burza nad „krajem Henryka“. Dzieci prawie nie wychodziły z domu.
Przekonały się, że był zbudowany i opatrzony dobrze.
Nie zalatywał do wnętrza żaden podmuch wiatru, strugi ulewnego deszczu nie przedostawały się przez strzechę i ściany.
Chłopcy nie mogli opuszczać domu, więc krzątali się wpobliżu.
Henryk przywlókł z lasu sporą kłodę modrzewiową i przy pomocy narzędzi stolarskich zaczął ją żłobić, robiąc koryto.
— Co to z tego będzie? — spytał Romek. — Może balja do prania bielizny?
— Nie! — odpowiedział zapytany. — Na to tymczasem starczy nam naszego ruczaju. Chcę zrobić koryto, aby w niem solić mięso lub ryby. Wtedy nie będziemy potrzebowali codzień przemyśliwać nad zdobyciem świeżego mięsa.
— Ha! Masz rację! — zawołał Romek. — Ty