Strona:A. F. Ossendowski - Mali zwycięzcy.djvu/64

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


o wszystkiem myślisz, braciszku! Prawda, bo w taką niepogodę ciężko wychodzić na polowanie lub na połów ryb.
— No, widzisz... — mruknął Henryk. — Ale wspomniałeś coś o praniu bielizny. Jest to też ważna sprawa... Mydło nasze, które nam pozostało, prędko się wyczerpie... Musimy znaleźć mydło, albo zrobić je...
— Znaleźć? — zdziwił się chłopak. — Wszak tu nigdzie niema sklepów?
— Tak! — zgodził się brat. — Zato jest dużo wszelakich roślin, a wśród nich istnieją takie, których korzenie doskonale się mydlą i dają obfitą pianę. Nie będziemy jednak tem sobie zaprzątali głów! Wydelegujemy Irenkę — niech sobie kopie korzonki i próbuje — może coś znajdzie?... My musimy zrobić mydło!
— Jeszcze jedna fabryka?! — zawołał zdumiony brat. — Fabryka soli i fabryka mydła! Może, zbudujemy na dobitkę fabrykę świec?!
— Może... — rzekł w zamyśleniu Henryk.
— Czegoż potrzeba do wyrobu mydła? — znowu pytał zaciekawiony Romek.
— Bardzo prostych rzeczy: tłuszczu i ługu!
— Tłuszcz, to — bagatela! — zawołał chłopak. — Natłukę świstaków, to i będziemy mieli tłuszcz, bo to takie opasłe bydlaczki!