Strona:A. F. Ossendowski - Mali zwycięzcy.djvu/56

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wędzi skał, skąd spych górski stromo zbiegał na dno wąwozu, zatrzymał się i oglądał okolicę.
Spadziste zbocza gór urywały się i zwisały nad wąską zieloną doliną, porosłą drobnemi krzakami kwitnącego różanecznika i bujną trawą.
Widocznie stadko pasło się tam spokojnie.
Cóż spłoszyło argali?
Nic nie dojrzał chłopak i już chciał zawrócić, gdy nagle spostrzegł, że wysoka trawa porusza się na dnie wąwozu.
Romek wpatrywał się w to miejsce, lecz nie dostrzegł żadnej żywej istoty. Raz tylko wydało mu się, że wpobliżu grzędy kamieni, które stoczyły się z pochyłości góry, mignęło coś żółtą, nakrapianą skórą, lecz zniknęło, jak widmo.
— Bars, czy co? — pomyślał chłopak i serce zaczęło mu żywiej bić w piersi.
Słyszał nieraz o drapieżności i zuchwalstwie plamistego kota azjatyckiego i rozumiał, że ani proca ani łuk z drzewa tamaryndowego nie byłyby dostatecznie skuteczną bronią do walki z barsem. Prawda, że miał ze sobą duży, ostry nóż. Wyciągnął go więc z kieszeni, rozłożył i zatknął za pas.
Z gąszczu krzaków i traw nic jednak nie wychodziło.