Strona:A. F. Ossendowski - Mali zwycięzcy.djvu/55

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ostrego grzebienia szczytów wyrwało się stado, nigdy dotąd nie widzianych, zwierząt.
— Barany, czy kozły? — pomyślał Romek.
Stadko w dzikim popłochu pędziło niemal naoślep.
Na czele biegł samiec o potężnych zagiętych rogach, pokrytych zmarszczkami. Ciemny, buro-szary grzbiet, jaśniejsza głowa i brzuch migały wśród kamieni. Za samcem pędziły samki i jeszcze jeden samiec, mniejszy od czołowego.
Stadko przebiegało wpobliżu Romka.
Chłopak mógł dobrze przyjrzeć się zwierzętom.
Romek lubił czytać książki podróżnicze, znał więc opisy wypraw azjatyckich Sztellera i Przewalskiego. Poznał dzikie, górskie barany — „argali“.
Biegły tak blisko niego, że mógł je dosięgnąć z procy lub łuku.
Zrozumiał jednak, że ta broń jest za słaba na tak duże zwierzęta, więc pałającemi oczami odprowadzał znikające za skałami stadko.
Natychmiast jednak przyszło mu na myśl, co mogło spłoszyć argali? Uciekały całym pędem i wystraszyły tupotem twardych kopytek świstaki.
Ostrożnie posuwając się ku szczytom gór, Romek rozglądał się dokoła. Dotarłszy do kra-