Strona:A. F. Ossendowski - Mali zwycięzcy.djvu/39

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Irenkę, opowiadał o swoich przygodach i odkryciu lasu w górskiej kotlinie.
— Poczekamy jeszcze dni parę, a gdy tatuś nie powróci, przeniesiemy się do lasu. Zbudujemy sobie szałas i będziemy czekali, aż nas wyprowadzą z tej pustyni, lub znajdziemy sposób, abyśmy to sami mogli uczynić.
Gdy słowa te padły z ust starszego brata, odezwał się Romek:
— Przecież, możemy pójść w jakąkolwiek stronę i dojdziemy nareszcie do osady ludzkiej?
— Pewno, że dojść można — zgodził się brat, — tylko nie wiemy, jak długo musielibyśmy iść. Łatwo zginąć z głodu i pragnienia w pustyni. Nie wszędzie potrafisz znaleźć wąwóz z jeziorkiem i rybami, i nie wszędzie także są lasy modrzewiowe i kuropatwy, które smakowicie pachną!
Istotnie Irenka niosła już upieczone przy ognisku kuropatwy, nasadzone na gładko obstrugane przez Romka patyki modrzewiowe, które pomysłowej dziewczynce zastąpiły rożny.
Doskonale posiliły się dzielne dzieci i, popijając herbatę, gwarzyły.
— Dlaczego nazywasz tę miejscowość pustynią? — zapytała Irenka, podnosząc na starszego brata niebieskie oczy.