Strona:A. F. Ossendowski - Mali zwycięzcy.djvu/36

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


pędził Farmana do miejscowości dzikiej i bezludnej.
— Gdybym miał kij, mógłbym zapolować na kuropatwy, cisnąwszy go w stadko — pomyślał. — Z karabinu kulą trudno byłoby trafić, zresztą niewiadomo, może zczasem każda kula będzie miała dla nas wielką cenę. Muszę jednak coś obmyślić i zapolować.
W głowie chłopca zaczęło się roić od pomysłów:
— Łuk? Byłoby to znakomite, lecz z czegobym go zrobił, gdy niema drzewa?! Nie, — to na nic! Proca! To całkiem łatwo… chociażby zaraz…
Ukrył się za dużym głazem, odpiął pasek kurtki i, zrobiwszy pętlę, włożył w nią kamień.
Stadko tymczasem zbliżyło się znacznie. Nie więcej niż dziesięć kroków dzieliło je od zaczajonego za skałą chłopca.
Gwizdnął kamień i ugodzona kuropatwa pozostała na piasku bez ruchu. Inne ze zdumieniem przyglądały się jej. Dopiero gdy drugi ptak, trafiony w głowę, padł trzepocąc skrzydłem, kuropatwy zaczęły z trwogą oglądać się. Henryk rozmachnął się po raz trzeci, lecz nagle opuścił rękę z bronią.
— Starczy dla nas! — pomyślał. — Nie po-