Strona:A. F. Ossendowski - Mali zwycięzcy.djvu/35

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wszystkich spędzali godziny poobiednie, Henryk, wziąwszy karabin, zapuścił się w góry, ciągnące się woddali.
Wdrapał się na najbliższy szczyt i oglądał równinę. Nic jednak na niej nie spostrzegł. Wtedy zszedł w wąską dolinę i sunął naprzód, rozglądając się dokoła bacznie.
Nagie spychy, okryte odłamami szarych, bezbarwnych skał, nie zdradzały obecności żadnej żywej istoty. Nawet ptaków narazie nie spotykał Henryk. Nagle tuż z pod nóg chłopaka, z małej wydmy piaszczystej, zerwało się z krzykiem nieduże stadko ptaków i po chwili opuściło się na ziemię o kilka kroków dalej.
Henryk przyjrzał się im bacznie i poznał odrazu.
Widział te ptaki, trzymane przez kupców chińskich w klatkach. Były to tak zwane „salgi“, kuropatwy, żyjące w pustynnych, jałowych stepach. Miały długie ogony, czyniące je podobnemi do jaskółek; tylko szaro-żółte zabarwienie piór i rozmiary odróżniały je od tych pospolitych ptaków. Rdzawe i czarne prążki i szare upierzenie czyniły je prawie niewidzialnemi na tle kamienistej, bezbarwnej gleby.
Ptaki nie zdradzały strachu przed człowiekiem, co przekonało rozsądnego Henryka, że tajfun za-