Strona:A. F. Ossendowski - Mali zwycięzcy.djvu/34

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


drutu i uzbieram jak najwięcej suchych trzcin. Moc tego leży na brzegu! Będziemy mieli opału wbród. Nie będziesz potrzebowała łazić po pustyni i zbierać ten chwast, który myśli zapewne, że jest nie wiedzieć jakim skarbem, bo tak się ceregieluje z wyłażeniem na powierzchnię ziemi!
To rzekłszy, pobiegł po bańkę i drut.
Dziewczyna pozostała sama i, żeby nie próżnować, zaczęła wyrywać z ziemi rzadkie, suche łodygi. Wyrywając jedną, ujrzała obok jakiś świeży, zielony pęd. Pociągnęła i wyrwała dużą cebulę.
— Czyżby to była prawdziwa cebula? — zapytała głośno, chociaż nikogo wpobliżu nie było. — Jakaż to ogromna cebula! O, ucieszą się chłopaki, gdy sporządzę dla nich zupę rybną z taką przyprawą! Nie wiem tylko, czy prawdziwa?
W tej chwili nadbiegł powracający już Romek. Posłyszawszy o zwątpieniach siostry, nic nie mówiąc, nadgryzł cebulę i zawołał:
— Najprawdziwsza na świecie! Pali jak ogień!
Irena z radości klasnęła w dłonie i zaczęła poszukiwać wśród kamieni zielonych pędów cebuli.
Chłopak popędził ku swemu jeziorku.
Gdy młodsi pracowicie i z pożytkiem dla