Strona:A. F. Ossendowski - Mali zwycięzcy.djvu/33

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— A widzisz, że dobra! — odpowiedział brat. — Ledwie haczyk dotknął powierzchni jeziorka, coś plusnęło obok i natychmiast porwało go, szarpnąwszy tak mocno, że ledwiem się na nogach utrzymał. Wpadłbym do wody, gdyby nie to, że po kolana wlazłem w błoto… Długo szamotałem się z tym wielce szanownym karpiem, który nam tak bardzo smakował! Napociłem się nim wyciągnąłem go!
Chłopak umilkł na chwilę, poczem mówił dalej:
— Gdy już do połowy wyciągnąłem zdobycz na brzeg, inna ryba usiłowała porwać ją… Zarzuciłem po raz drugi wędkę i wyciągnąłem drugiego karpia, jeszcze większego i grubszego. Widzę, że na rybach nie będzie nam zbywało!
— To — wielkie szczęście! — zawołał Henryk. — Jest to doskonałe pożywienie — nie umrzemy z głodu. A, może, zczasem coś innego się znajdzie na tem pustkowiu… Bóg ma nas w swej opiece.
Po obiedzie Irenka znowu wyruszyła na poszukiwanie opału, a Romek z wędką wlazł w szuwary i łapał ryby. Później wraz z siostrzyczką zbierali sól na skałach. Nagle chłopak uderzył się w czoło i krzyknął:
— Biegnę po naszą bańkę! Przyniosę świeżej wody z jeziorka, a zabiorę ze sobą kawał