Strona:A. F. Ossendowski - Mali zwycięzcy.djvu/29

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Irenko, — rzekł głośno — ruszaj i szukaj suchych łodyg, trawy, aby zebrać jak najwięcej opału na ognisko. Jeżeli Romkowi uda się połów, będziesz musiała ugotować dziś doskonały obiad!
Dziewczynka posłusznie skinęła główką i pobiegła, ucieszona, że będzie pożyteczna dla całej gromadki.
Henryk po jej odejściu stał i długo myślał.
— Łatwo to przyrządzić obiad, jeżeli jest z czego. Gdyby nawet Romek schwytał jaką taką rybę, to i tak będzie nam brakowało soli… — mruczał do siebie.
Widocznie jednak nietylko mruczał, lecz i myślał uporczywie, bo skierował się ku jednemu z wąwozów i starannie przyglądał się jego urwistym brzegom.
W jednem miejscu spostrzegł na szarych kamieniach białe plamy, skrzące się w słońcu. Zdrapał paznokciem biały proszek i spróbował.
Poczuł gorzko-słony smak i uśmiechnął się.
Przypomniał sobie lekcje z chemji. Wiedział, że często spotyka się w naturze sól z domieszką innych minerałów, jak naprzykład gorzkiej soli lub gipsu. Przypomniał sobie nawet sposób oczyszczania takiej soli od domieszek niepożądanych i zaczął zdzierać nożem białą naleciałość z ka-