Strona:A. F. Ossendowski - Mali zwycięzcy.djvu/190

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Czachar cmoknął głośno i szepnął zdławionym głosem:
— Nuchur! Czultun nigdy nie zapomina tych, kogo miłuje jego serce! Nigdy!
Dzieci ogarnęły ostatniem spojrzeniem oblicza przyjaciół i bezkresny step Cagan-Czułutaju.
Nagle Irenka zawołała:
— A cóż będzie z naszemi miłemi dżegetajami?!
Czultun zamyślił się na chwilę i odparł:
— Moi ludzie zjedliby je… Nie chcę jednak, aby się tak stało, boś ty je pieściła małą rączką swoją… Wypuścimy je na wolność!
Skoczył ku dżegetajom, pozrzucał im uzdy i pęta z nóg, gwizdnął i krzyknął:
— Wolność wam daje jasnowłosa Irenka!
Śmigłe koniki, podniósłszy ogony, nastroszywszy krótkie grzywy i nastawiwszy uszu, pobiegły. Narazie powoli, nieśmiało, jeszcze niepewne, po chwili coraz szybciej, podnosząc za sobą kurzawę śnieżną.
Odbiegły ku wzgórzom i stanęły, czujne, zdumione, pytające…
Czachar gwizdnął raz jeszcze, a za nim hałasować zaczął cały tłum Mongołów.
Dżegetaje, płaszcząc się i wyciągając zwinne ciała, pomknęły, znikając w stepie.