Strona:A. F. Ossendowski - Mali zwycięzcy.djvu/191

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— One kochają wolność tak jak i Czacharzy… — rzekł cicho Czultun.
Podszedł do aparatu, gdzie z okienek wyglądały twarzyczki młodych, dzielnych przyjaciół i zawołał:
— Kochajcie wolność nad wszystko! Brońcie swojej wolności i innym pomagajcie stawać się wolnymi!
W tej chwili zaturkotał motor.
Śmigło ze świstem rozcinało mroźne powietrze, rozrzucało śnieg i drobne kamienie.
Samolot ruszył z miejsca, podskoczył raz i drugi, poderwał się i, już zwolniony z więzów ziemi, podnosił się dumnie, jakgdyby olbrzymi, potężny ptak, coraz wyżej… wyżej…
Zatoczył szerokie koło.
Jeszcze raz okrążył całe koczowisko Cagan-Czułutaj, z plamkami ledwie dostrzegalnych już jurt, z mrowiem czarnych, drobnych postaci gościnnych Czacharów i popłynął łabędzim lotem na wschód.
Przed oczami dzieci odsłaniały się coraz to nowe obrazy…
Woddali tonęła we mgle słonecznej pustynia Szamo, gdzie przeżyły te dzielne dzieci siedem długich miesięcy.