Strona:A. F. Ossendowski - Mali zwycięzcy.djvu/189

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Chłopców żegnał inaczej.
Stał przed nimi, dotykał ich czoła, piersi i ramion, poczem całował sobie palce, co było wyrazem szacunku.
Wreszcie podniósł rękę nad głową i rzekł uroczyście:
— Na wielkiego Buddę! Dopóki słońce świeci mi, dopóki nogi moje chodzą po ziemi, dopóty będę waszym wiernym „nuchur“! Na każde zawołanie wasze stawię się, bo życie moje ratowaliście odważnie i śmierci wyrwaliście Czultuna, wodza Czacharów Cagan-Czułutaju!
Otoczeni tłumem Mongołów wyszli z jurty i skierowali się do samolotu, przed którym już uwijał się pan Rouvier.
Zyndy układał w kabinie należący do dzieci ciężki worek z dżeń-szeniem i kilka przedmiotów, pozostałych z wyprawy.
Henryk podbiegł do pilota i o coś prosił go. Francuz kiwnął głową i uśmiechnął się życzliwie.
Chłopak zbliżył się do Czultuna i, podając mu karabin i ładownicę z nabojami, powiedział:
— Weź to sobie drogi Czultunie, na pamiątkę od nas! Bóg jeden wie, czy spotkamy się jeszcze kiedy w życiu. Niechże ten karabin przypomina ci Irenkę, Romka i Henryka Broniewskich!