Strona:A. F. Ossendowski - Mali zwycięzcy.djvu/157

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wiązywać do końców rzemieni okrągłe, ciężkie kamyki.
— Poco to robisz? — zapytał chłopak.
— To najlepsza broń na wilki! Zobaczysz sam! — odparł, cicho się śmiejąc.
Wilki nie zjawiały się więcej. Gdzieś daleko wyły ponuro, jękliwie poszczekiwały i błyskały płonącemi źrenicami.
Dopiero przed świtem umilkły.
Henryk z przyjacielem powrócili do ogniska i ogrzali zziębnięte członki.
O świcie Czultun zaczął kulbaczyć konie. Czynił to jednak inaczej niż zwykle. Starannie oglądał popręgi i krócej podciągał strzemiona.
Pozostawiono Irenkę przy ognisku, gdzie stał osiodłany na wszelki wypadek „Łakomiec“.
Mężczyźni wskoczyli na siodła i ruszyli.
Czultun jechał na czele.
Podnosił się w strzemionach i wymachiwał „nahajem“.
Głucho warczał uwiązany do rzemienia kamień.
Koń Czachara tulił uszy i chrapał, lecz szedł równym kłusem, wstrzymywany silną dłonią jeźdźca.
— Zajeżdżajcie od zachodu w te krzaki i krzyczcie głośno! — zawołał Mongoł i zdarł swego konia.