Strona:A. F. Ossendowski - Mali zwycięzcy.djvu/158

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Henryk z Romkiem uczynili tak, jak doradził przyjaciel.
Z chaszczy wymykać się zaczęły wilki, zamierzające przeciąć płaszczyznę i ukryć się wśród im tylko znanych rozłogów i wąwozów.
Ujrzawszy wybiegające na równinę zwierzęta, Czultun pochylił się nad karkiem końskim, gwizdnął przeraźliwie i smagnął wierzchowca.
Niby strzała, wypuszczona z łuku, pomknął śmigły dżegetaj. Zdawało się, że nie dotyka nogami ziemi.
Wyprężony, z rozdętemi chrapami, płaszczył się ponad śniegiem i mknął.
Rozumiał, widocznie, że musi dogonić wroga, bo nietylko pędził jak wicher, lecz powtarzał wszystkie obroty wilków i ścigał je.
Nareszcie dopadł mądry koń najbliższego wilka. Kierowany twardą ręką Czachara, zabiegł drapieżnikowi od lewego boku i pędził tuż przy nim.
Wtedy stanął Czultun w strzemionach, ogromny, wyprostowany, groźny.
Ciężki kamień zawarczał w straszliwym zamachu i spadł na grzbiet wilka. Przykucnął drapieżnik do ziemi, zębami kłapał i szczekał żałośnie. Zatoczył koło Mongoł i drugiem uderzeniem strzaskał głowę swej ofiary.