Strona:A. F. Ossendowski - Mali zwycięzcy.djvu/156

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


z lufy karabinu. Wilki oddalały się powoli, rozzuchwalone, głodne.
— Źle... — szeptał Mongoł. — Wilki są wściekłe, gdy nie mają żadnej zdobyczy... Jeżeli zbierze ich się duża zgraja... zagryzą nasze konie... zagryzą nas... Źle!
— Co robić? — spytał Henryk, czując, że mu się włosy zjeżyły na głowie.
— Musimy zapolować na wilki, bo to je nieraz odstrasza od napadu... A tymczasem trzeba strzec koni i strzelać przy zbliżeniu się drapieżników...
— Ja pozostanę tu — ofiarował się Henryk.
— Sajn! — kiwnął głową wierny Mongoł. — A ja posiedzę przy tobie i pogwarzymy.
Chociaż Czultun dużo mówił, jednak ciągle nasłuchiwał, kręcąc głową w różne strony.
Wreszcie rzekł:
— Wilki mają swoje legowisko w krzakach za kamieniami, gdzie spotkaliśmy dziś słoną wodę. Poczekaj trochę, zaraz powrócę!
To powiedziawszy pobiegł do obozu i niebawem powrócił, niosąc ze sobą „nahaje“, baty, o krótkich rękojeściach drewnianych z długiemi, mocnemi rzemieniami, dla poganiania i karcenia koni.
Czultun uważnie obejrzał nahaje i zaczął przy-