Strona:A. F. Ossendowski - Mali zwycięzcy.djvu/155

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Wszyscy byli znużeni i zziębnięci. Rozmowa się nie kleiła. Podróżnicy urządzili sobie posłania przy ognisku i jeden po drugim zasypiali.
Nagle Henryk, któremu sen już kleił powieki, podniósł głowę i jął nasłuchiwać.
Doszły go dziwne dźwięki. Kwiliły i rżały puszczone na paszę konie, lecz jakiś skowyt, warczenie, jękliwe i ponure wycie pokrywały chwilami i zagłuszały głosy dżegetajów.
Henryk trącił śpiącego obok Czultuna.
Czachar zerwał się na równe nogi, zaczął nasłuchiwać przez krótką chwilę i, zawołał:
— Bierz karabin i biegnijmy na pomoc! To wilki napadły na nasze konie! Prędzej! Prędzej!
Porwał z ogniska kilka palących się gałęzi stepowych krzaków i popędził ku koniom. Henryk doganiał go.
Na równinie, pokrytej bielą śniegu, ujrzeli straszny obraz.
Konie, zbite w kupę, łbami do środka, stały i wierzgając wściekle, oganiały się przed wilkami.
Co chwila czarna sylwetka drapieżnika podbiegała do koni i robiła skok, lecz ugodzona kopytami, padała ze skowytem nawznak.
— Strzelaj! Strzelaj! — wołał Czultun.
Henryk nie żałował naboi. Strzały buchały jeden po drugim; czerwone ogniki błyskały