Strona:A. F. Ossendowski - Mali zwycięzcy.djvu/154

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


do Ułan-Byjuka, gdzie pozostała studnia przy starym trakcie i trochę trawy dla koni...
— Rozumiem... — szepnął chłopak.
Jechali dalej.
Przez całe dwie doby szalała śnieżyca, zalepiając oczy ludziom i chrapy koniom.
Wierzchowce coraz częściej stawały dęba, nie mogąc przezwyciężyć smagających porywów wiatru.
Dzieci spadały z siodeł, a nawet „Łakomiec“ dwa razy zrzucił Irenkę, która jednak upadła szczęśliwie, zarywszy się w głębokim piasku.
Na ostatnim noclegu, gdy podróżnicy dopijali resztki wody, Romek zauważył:
— Ha! Nie mamy wody, lecz śnieg pada...
— Tak! — zgodził się Mongoł. — Wody nam nie zbraknie teraz. Możemy jechać...
Henryk spojrzał z wyrzutem na Czultuna i rzekł dobitnie:
— Zatrzymamy się na wypoczynek przy studni Ułan-Byjuk!
Czachar podniósł na mówiącego bystre oczy, przyjrzał się uważnie dzieciom i, zatrzymawszy wzrok na wynędzniałej twarzyczce Irenki, odpowiedział natychmiast:
— Sajn!... Musimy dać wypoczynek koniom i lepszą paszę... Jutro w południe staniemy...