Strona:A. F. Ossendowski - Mali zwycięzcy.djvu/153

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Dążyły jednak szybko w północno-wschodnim kierunku. Nie skarżyły się i nie rozpaczały.
Nabyły bowiem wiary w swoje siły i wytrzymałość, wiedziały, że dojdą do celu.
Czultun zato był w swoim żywiole.
Od zimnego wiatru sczerniał zupełnie, lecz czuł się wybornie i, budząc się przy wygasłem ognisku, pokrzykiwał wesoło:
— Sajn! Jeszcze jeden dzień minął! Bliżej dziś do Cagan-Czułutaju, niż było wczoraj!
— Ileż jeszcze dni pozostało? — z troską w głosie pytał Henryk, bo serce mu się ściskało, gdy widział przybladłą, wychudłą twarzyczkę Irenki.
Czachar zamyślił się, coś liczył długo, nareszcie odpowiedział:
— Pozostaje jeszcze 11 dni drogi...
— Musimy dać wypoczynek Irence i koniom — szepnął chłopak.
Mongoł spojrzał na niego bacznie.
— Gdy słońce po raz trzeci pokaże się na wschodniej stronie, staniemy — mruknął.
— Dlaczego nie dziś, nie jutro? — szeptem zapytał Henryk.
Czultun pochylił się ku niemu i rzekł cicho:
— Za dwa dni wory z wodą będą próżne... Tymczasem trzeciego dnia wieczorem dotrzemy