Strona:A. F. Ossendowski - Mali zwycięzcy.djvu/136

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Niema „Łakomca“… — szepnął Henryk.
W tej chwili zdaleka dobiegło kwilenie i jękliwe rżenie konia.
— Alar napadł na dżegetaja! — zawołał Czultun, chwytając za nóż i biegnąc ku krzakom.
Henryk porwał karabin i, w biegu wkładając naboje, popędził za Mongołem.
Księżyc przebił się przez chmury, czy, może wiatr rozpędził je. Rozświetliło się znacznie. Blade promienie księżyca srebrzyć zaczęły skały i miotające się w podmuchach wichru krzaki.
Nadsłuchując, biegli, kierując się w stronę, skąd dochodziło rżenie konia. Stawało się coraz głośniejsze i groźniejsze.
— „Łakomiec“ walczy z nieprzyjacielem! — krzyknął Czachar, przedzierając się przez chaszcze.
Nareszcie wybiegli na małą łąkę i stanęli w zdumieniu.
Oświetlony księżycem, prawie biały, koń stał, oparłszy łeb o skałę i tylnemi nogami wierzgał wściekle.
Jakaś duża, czarna bryła podbiegała do niego, unosiła się nad ziemią, lecz, uderzona mocnemi kopytami, toczyła się nabok, mrucząc i rycząc.
— „Falbar“ napadł na konia! — szepnął Mongoł. — To straszny, silny zwierz…
Nie dokończył, bo Henryk starannie wymie-