Strona:A. Conan Doyle-Pies Baskerville’ów.djvu/062

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


z gardła, a gdy się odezwał, mówił, wyraźniejszym jeszcze niż z rana, djalektem amerykańskim.
— Zdaje mi się, że sobie tu drwią ze mnie w tym hotelu! — krzyczał. — Ale niech się strzegą, bo pożałują! Do pioruna! jeśli chłopak nie znajdzie buta, który mi zginął, narobię takiego piekła, że mnie popamiętają! Znam się na żartach, panie Holmes, ale tym razem przeholowali trochę.
— Szuka pan jeszcze ciągle swojego buta?
— Tak, panie, i mam zamiar go odnaleźć.
— Ale, przecież mówiłeś pan, że zginął panu nowy but żółty?
— Tak, a teraz znów stary czarny.
— Co! ależ co pan mówi?...
— To, co jest. Mam tylko trzy pary... nowe żółte, stare czarne i te, które noszę. Wczoraj wieczorem zabrali mi jeden żółty, a dzisiaj rano skradli mi znów czarny. I cóż, znaleźliście? Mów człowieku, zamiast stać i gapić się na mnie!
Na widowni ukazał się służący, Niemiec.
— Nie, panie, pytałem w całym hotelu, ale nikt nic nie wie.
— Albo but znajdzie się przed wieczorem, albo zawiadomię właściciela hotelu, że niezwłocznie opuszczam jego budę.
— Znajdzie się... przyrzekam panu, że się znajdzie, proszę tylko o trochę cierpliwości.
— No, pamiętajcie! nie chcę pod żadnym pozorem tracić butów w tej norze złodziejskiej. Panie Holmes, proszę mi wybaczyć, że nudzę pana taką błahostką...