Strona:A. Conan Doyle-Pies Baskerville’ów.djvu/063

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Myli się pan, to wcale nie błahostka.
— Czyżby w istocie sprawa wydała się panu poważna?
— Czem pan sobie to tłómaczy?
— Nie usiłuję wcale tłómaczyć sobie tej całej awantury. Faktem jest, że nie zdarzyło mi się jeszcze dotąd nic równie osobliwego i szalonego.
— Osobliwego... może, — rzekł Holmes, zamyślony.
— A co pan z tego wnioskuje?
— Jak dotąd, nic jeszcze nie rozumiem. Wszystkie pańskie przygody, sir Henryku, składają się na historję niesłychanie zawikłaną. Gdy nadto dodam do nich śmierć stryja pańskiego, zdaje mi się, że z pięciuset spraw ważniejszych, jakiemi się zajmowałem, nie było ani jednej równie osobliwej. Ale mamy w ręku kilka nici, a z tych jedna niechybnie naprowadzi nas na drogę prawdy. Stracimy może nieco czasu, idąc zrazu śladem fałszywym, ale wcześniej czy później natrafimy na właściwy.
Podczas śniadania mówiliśmy niewiele o sprawie, która nas zgromadziła. Dopiero, gdy przeszliśmy następnie do bawialni, Holmes zapytał Baskerville’a jakie są jego zamiary.
— Pojadę do Baskerville Hall.
— Kiedy?
— W końcu tygodnia.
— Zdaje mi się, — rzekł Holmes, — że to postanowienie pana jest rozumne. Mam niezachwiane przeświadczenie, iż szpiegują pana w Londynie, a śród kilkomiljonowej ludności tutejszej trudno będzie odnaleźć kto pana śledzi i co ma na celu. Jeśli zamiary te