Strona:A. Conan Doyle-Pies Baskerville’ów.djvu/061

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Nie, panie, ten pan Johnson jest właścicielem składu węgli, bardzo rzeźki jegomość, nie starszy od pana.
— Mylisz się pan niechybnie co do jego zawodu.
— Nie, panie; od szeregu lat staje w tym hotelu, znamy go wszyscy bardzo dobrze.
— Ha, to rzecz inna. A pani Oldmore? Zdaje mi się, że to nazwisko nie jest mi obce. Proszę wybaczyć moją ciekawość, ale często, odwiedzając jednego znajomego, znajdujemy i drugiego.
— Pani Oldmore jest sparaliżowana. Mąż jej był kiedyś burmistrzem Gloucesteru. Ilekroć przyjeżdża do Londynu, zawsze staje u nas.
— Dziękuję za objaśnienia. Zdaje mi się, że nie mogę rościć pretensji do jej znajomości.
Wchodząc na schody, Holmes mówił do mnie przyciszonym głosem:
— Stwierdziliśmy temi pytaniami fakt bardzo ważny. Wiemy teraz, że ci, którzy zajmują się tak pilnie naszym przyjacielem, nie zamieszkali w tym samym, co on, hotelu. To dowodzi, że, jakkolwiek śledzą go bacznie, o czem mieliśmy sposobność się przekonać, równie bacznie wystrzegają się, by ich nie zauważono. Okoliczność ta daje dużo do myślenia.
— Co mianowicie?
— Podsuwa myśl... a to co? Co się tu dzieje u licha?
Na skręcie korytarza hotelowego wpadliśmy na sir Henryka Baskerville’a we własnej osobie. Twarz miał rozognioną gniewem, a w ręku trzymał but stary i zakurzony. Był taki wściekły, że minęła dobra chwila, zanim zdołał wydobyć głos