Strona:Życie tygodnik Rok II (1898) wybór.djvu/284

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Anna. Ale przecież sam pracuje nad rozszerzaniem wiary?
Klara. Tak, na swój sposób. Nigdy przymusem lub surowością. Dla wszystkich jednako względny. Pojmujesz? dla wszystkich! O, to człowiek nieporównany!
Anna. Ty patrzysz nań zawsze, jak w pierwszych dniach miłości, choć oczy twoje już straciły swą młodość.
Klara. Choć oczy moje już straciły swą młodość.
Anna. A zatem właściwie brak ci wiary w jego cuda?
Klara. Jak możesz mówić coś podobnego! Nie ma rzeczy, w którą wierzyłabym silniej i bez wahania, jak w to.
Anna. Skoro nie chcesz go puścić od siebie w czasie burzy, skoro nie możesz w to uwierzyć, że to, co on rozda, choćby to był wasz ostatni dobytek, będzie wam sowicie odpłacone — to brak ci tem samem ślepej wiary.
Klara. Tak, na tem właśnie, moja droga, polega cała moja siła.
Anna. Dobrze. Ale to nie jest siła wiary.
Klara. Nie i jeszcze raz nie! Że jest w tem sprzeczność — no to i cóż? Wszyscy mają sprzeczności — niema ich on jeden.
Zresztą mojem zdaniem, takie narażanie siebie i dzieci na morzu, to jest coś więcej jak wiara; to kuszenie Boga.
Anna. Mnie się zdaje, że gdy chodzi o cud, to wszystko jedno, czy chodzi o życie własne, czy o cudze.
Klara. Ale samemu narażać się na niebezpieczeństwo utraty życia!