Strona:Życie tygodnik Rok II (1898) wybór.djvu/285

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Anna. Jeśli to uczyniono dla ratunku innych, to nie można tego chyba nazywać kuszeniem Boga.
Klara. Proszę cię, Anno, przestań. Ja tego tak brać nie potrafię. Wiem tylko tyle: jeśli on zabiera własnym dzieciom środki do życia a daje je biedakom, nędzarzom — albo, jeżeli wybiera się w góry w czasie mgły, na morze w czasie burzy — wtedy, tak jest, zastępuję mu drogę. Czynię wszystko, wszystko, na co się tylko mogę zdobyć, aby mu w tem przeszkodzić!
Przypuśćmy, że chciałby teraz! — Całe miesiące leżę tutaj i nie mogę ustać na nogach; — — a wtedy stanęłabym! A wtedy stanęłabym! Jestem tego pewna. I uczyniłabym cud. Bo go kocham, jego i jego dzieci. (Dłuższa pauza).
Anna. Nie podać ci czego — na orzeźwienie?
Klara. Daj mi trochę wody kolońskiej. Tu, na skronie — i trochę powąchać! Tej samej, co wczoraj. Nie możesz wydobyć korka? Tam jest trybuszon. Tam, tam. I okno otwórz, to dolne. I okno!
Anna. Dobrze, zaraz.
Klara. Dzięki. Gdyby ziemia nie była taka rozwilgła od deszczu, to może wyszłabym w pole. Nie możesz wydobyć korka!
Anna. Zaraz!
Klara. Wkręć głębiej. Ale nie za głęboko. O — tak! — Chodź! — Ach — Jaśmin!
Anna. Jaśmin? Skąd jaśmin — tutaj?
Klara. Jaśmin, jaśmin! — To on! — Bogu dzięki! Teraz już jestem spokojna. Co za szczęście! To on — on. (Sang wchodzi).
(C. d. n.).