Strona:Życie tygodnik Rok II (1898) wybór.djvu/283

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Anna. Nie wszystko może? A przecież czyni cuda?
Klara. Jak sądzisz — a czy to nie stąd pochodzą jego cuda, że on nie wszystko może?
Anna. Co chcesz przez to powiedzieć? Przestraszasz mię.
Klara. Chcę powiedzieć, że z prorokami ma się rzecz zupełnie tak, jak u Żydów i pogan. Mogli wiele w pewnym oznaczonym kierunku, bo w innych byli bezsilni, nieproduktywni. Tak to sobie sama tłómaczę.
Anna. Jakto? Nie wierzysz...?
Klara. Wierzyć? Ach, moja droga! Pochodzimy obie ze starego, nerwowego rodu sceptyków. Mogłabym powiedzieć: z rodu inteligentnego. Podziwiałam Sanga. On był inny niż wszyscy. Podziwiałam go, bo go kochałam. I to nie jego wiara czyniła go takim dla mnie, ale coś jemu tylko właściwego. O ile zaś jego wiara schodzi się z moją — ja sama nie wiem.
Anna. Sama nie wiesz?
Klara. Byłam zawsze w takim deptaku zajęć codziennych, że wprost nie miałam czasu, aby to sobie jasno uświadomić. Na to potrzeba czasu. A ja miałam dość do czynienia, aby żyć z dnia na dzień. To wszystko złamało mnie za wcześnie. Czułam, że już do wielkich pytań niedorosłam.
Zaledwo że umiałam zdać sobie sprawę z tego, co się godzi i co się nie godzi. Naturalnie w rzeczach ogólniejszych, prostszych; ale w subtelnościach? Czynię jak umiem. Podobnie ma się rzecz z wiarą. Tego już nie umiem opanować.
Anna. Czy on wie o tem?
Klara. Wie wszystko. Czy sądzisz, że ja kryję się z czem przed nim?
Anna. A on — czy nie usiłuje przekonać cię, przerobić według własnej wiary?
Klara. Wcale nie. — Co się tyczy wiary, to powiada, że to sprawa Boga. Bądźmy tylko szczerymi. I tak w końcu uwierzymy, tu czy tam w górze. O! on jest wyrozumiały.