Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/9

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


całym rozpędem, pożerając w swych nienasyconych paleniskach całe paki banknotów i zwały czeków na wszystkie banki świata. Jej misterna, na „naukowych podstawach” utkana sieć zagarniała automatycznie w odmętach wojny połów olbrzymi, ale w tej samej sieci wikłali się bezradnie wszyscy, którzy gatunkowali, oceniali krytycznie ten plon.
Podpułkownik dyplomowany d’Arland, już niemal od roku wiedział, że wiedząc tak niesłychanie wiele, w istocie nic nie wie. To cenne doświadczenie zdobyte z trzech i pół lat wojny światowej taił w sobie zazdrośnie, a wśród zwierzchników i kolegów z Wielkiej Kwatery i z Ministerstwa słusznie pozyskał miano „króla wywiadu”.
Teraz ta sława zaczynała się jakgdyby psuć, choć nigdy jeszcze mózg jego nie pracował sprawniej i może w tej właśnie doskonałej sprawności leżało całe zło. Dawniej był mniej krytyczny względem swych materjałów i zdobytych faktów, teraz stał się bodaj zanadto wymagający. Powielokrotnie wywiedziony w pole, gdy rzeczywistość obalała jego ultra logiczne hipotezy i rewelacyjne plany, odtworzone z mnóstwa rzeczy drobnych lub ułamkowych, gdy w toku prac nagromadziło się całe wstydliwe archiwum zdrad, wsyp, szantażów, zbrodni i kolosalnych oszustw, wywołanych przez najbardziej zaufanych faworytów, agentów wspaniale wynagradzanych i, niestety, niedosięgalnych potem dla najsroższego, a nawet najlżejszego i wogóle żadnego ukarania ani „utopienia” ich wobec władz nieprzy-