Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/8

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dował szefa nawet we śnie, z nim zasypiał, z nim się budził co rano. Ogrom faktów, a właściwie...
Nieprzeliczona rzesza agentów, kontragentów, szpiegów, wywiadowców, fanatycznych patrjotów, szlachetnych idealistów, cichych bohaterów, genjuszów świństwa, aferzystów, oszustów, szantażystów, spryciarzy, zbrodniarzy wszelkich narodowości roiła się w kraju i zagranicą, za frontem na tyłach nieprzyjaciela, u sojuszników i w krajach neutralnych Koperty — raporty ze wszystkich końców świata zbiegały się w oznaczonych centrach i z Genewy, z Bernu, z Kopenhagi, ze Stockholmu szły do II oddziału Ministerstwa Wojny, a stamtąd do Wielkiej Kwatery.
Kosztowało to miljony, niejeden świstek zapisany w połowie bibułkowej ćwiartki wart był tysiącfrankowego banknotu, ale trzy czwarte jeżeli nie dziewięć dziesiątych tych szpargałów zawierały stek kłamstw, sfabrykowanych specjalnie na sprzedaż, a w najlepszym razie były to przypuszczenia, plotki, rzeczy źle podsłuchane, przeinaczone lub dokumenty kupione za wielkie sumy u nieprzyjacielskich kontragentów lub wykradzione im za ich wiedzą. Te zdobycze „fachowej roboty sztabowej były właśnie najniebezpieczniejsze, gdyż wprowadzały w błąd swą ścisłością.
Fakty, fakty...
Głowa pękała, gdy trzeba było z nawałnicy faktów wyławiać okruchy prawdy, lub bodaj prawdopodobieństwa. Potworna machina wywiadu szła