Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/65

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


których żadną miarą nie mogła nie przyjąć. Umówili się na drugi dzień, Eva roztapiała się w swojem szczęściu. Rano otrzymała krótki list. Kapitan oznajmił, że w bardzo ważnej, pilnej misji wysłano go na front, wróci za dwa tygodnie. Nie wróci nigdy, zginął.
Zdruzgotana, w wiecznej żałobie wyjechała na Rivierę, stamtąd do Włoch, potem do Genewy i po drodze zapomniała o swojem szczęściu i nieszczęściu. Nigdy już więcej nie myślała o tym człowieku, zrzadka, we śnie zamajaczyła i przemknęła się jednooka twarz, cała w bliznach i szramach. I nic więcej. Zapomniała nawet jego nazwiska.
W Berlinie, jak wszędzie i zawsze, otaczała ją gromada zalotników. Przywykła do tego, atmosfera hołdów i pożądań w pewnem znaczeniu stała się nawet jej potrzebą. Bawiła się i tyle. Wyrafinowane męczarnie, jakim poddawała generała Sittenfelda, już ją dawno znudziły, zresztą były to zabiegi na zimno, celowe i wyrachowane. Inni panowie, bardzo wielu rozkochanych panów tworzyli jeno jej królewski dwór. Z humorem, pogodnie, z pewnem nawet upodobaniem opędzała się od nich jak od komarów, grała z nimi zabawne komedje, prowokowała sceny zazdrości, starcia, różniła ich między sobą, godziła, intrygowała. Jej nerwy, jej noce były zupełnie spokojne, serce puste, a miła Lisbeth — taką sobie śmieszną błahostką, niewinnym żartem.
Dopiero w ostatnich czasach zaczęła postrzegać