Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/64

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


i ogłoszenia gabinetu Clemenceau. Potem widzieli się jeszcze raz... Jakże się ten kapitan nazywał?

Był to ostatni mężczyzna, który jej się naprawdę podobał. Porwał ją odrazu. Uwiódł ją swoją przenikliwą inteligencją, zapamiętałem uwielbieniem. Gdy słuchała co o niej mówił, miała wrażenie, że człowiek ten czyta jej myśli i zna niepojętym sposobem dzieje całego jej życia. Czuła przed nim jakby strach. Zainteresowana, zaprosiła go do siebie, odpowiedział, że nie chce jej widzieć po raz drugi.
— Dlaczego?
— Odpowiedź wypisana jest na mojej twarzy.
Wówczas bez namysłu, po swojemu oświadczyła mu, że gdyby ją zapytano w tej chwili, to ze wszystkich pięknych lub znakomitych panów, obecnych na przyjęciu u margrabiny, wybrałaby właśnie jego jednego. Ogarniał ją zimny dreszcz ekstazy, w głowie kołował zamęt. Wiedziała co się z nią dzieje — tak się zawsze zaczynało...
Przez całą noc w bezładnym korowodzie snów prześladowała ją groźna maska jego oblicza, na którem legła pieczęć wojny. Już go zapragnęła w nieokiełzanym, nie rozumującym porywie, już go pokochała. Po długim okresie spokoju przyszedł jej czas. Spędzi z nim tydzień, miesiąc bezprzytomnego szaleństwa i pewnego dnia ocknie się i natychmiast zapomni. Ileż razy tak bywało...
Nazajutrz zaledwie przez pół godziny pozwolono im być sam na sam. Zjawiły się osobistości,