Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/66

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


w sobie chwile beztreściwego niepokoju. Gdy była sama w domu nadsłuchiwała, czy kto nie zapuka do jej drzwi, choć nie spodziewała się nikogo. Gdy szła między ludzi, oczekiwała, że spotka tam kogoś nieznanego, który przyniesie dla niej z szerokiego świata jakąś dziwną wieść. Gdy się to nie sprawdzało doznawała przykrego uczucia zawodu. Na ulicy, w teatrze, rozglądała się, jakby szukając czegoś. Był to ktoś nieokreślony, człowiek niewiadomo skąd i niewiadomego wyglądu, ale była przekonana, że spotkawszy go nareszcie pozna go odrazu, a ona również nie będzie mu obca.
On, zawsze ten sam, wtrącał się do jej myśli, mieszał się do snów. Nie dawał się nigdy ujrzeć ani nawet wyobrazić. Szepnął zagadkowe słowo w pomroce nocy, słyszała odgłos jego kroków — nadchodził, zbliżał się, ocierał się o nią tak, że czuła jego oddech, i mijał ją, oddalał się, odchodził. Wówczas budziła się opuszczona, samotna, boleśnie skrzywdzona.
Tęskniła do wiosny, do ciepła, do zieleni łąk. Czytała zapamiętale poezje, pierwsze lepsze, jakiekolwiek, bylejakie i do łez wzruszała się rytmem oklepanych frazesów. Wybierała się w jakąś daleką podróż niewiadomo dokąd, bez żadnego celu. Robiła głupstwa, była niegrzeczna, urażała ludzi bliskich. Biedna Lisbeth dostała się w opały, drżała przed swoją panią, Eva potrafiła być dla niej okrutną, ale gdy się opamiętała, umiała wynagrodzić jej krzywdę.