Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/6

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ne i nieprawdopodobne, po którem jasne się stanie wszystko w tej niepojętej zagadce wojny.
Duch wielkiego cesarza błąkał się we mgle parku, wypłoszony ze swego pałacu przez pół tysiąca sztabowców, którzy wraz ze swemi mapami, telefonami, maszynami do pisania zapchali wszystkie salony i komnaty historyczne aż do ostatnich ubikacyj na mansardach. Dyplomowany podpułkownik d’Arland, fanatyczny wyznawca doktryny napoleońskiej, w ten ponury poranek zamarzył się i uromantycznił — wprost ze zgryzoty — i niemal, niemal że spodziewał się w tym parku jakiegoś bliżej nieokreślonego objawienia... Na rozległej polanie we mgle, na tle dymu, ścielącego się po ziemi, dostrzegał krępą postać cesarza, grzejącego się u potowego ogniska...
Nie — to żołnierze półbaterji przeciwlotniczej 2 D. C. A. Wielkiej Kwatery czuwali w pobliżu swych zapatrzonych w niebo zenitówek, obstąpiwszy kołem nędznie tlejący stos mokrych gałęzi.
Duch Napoleona był zapewne o tej porze w innej stronie parku.
Podpułkownik skręcił w prawo i zamaszyście pomaszerował ku stawom. Wyrwał się ze swego biura w godzinach służbowych po dwugodzinnej konferencji z kolegami z III oddziału (operacyjnego). Były to dwie godziny zwady, złośliwości wzajemnych i docinków, z których niejeden przekroczył granice, dozwolone między oficerami z bractwa wtajemniczonych, czyli dyplomowanych. Tamci skar-