Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/58

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


służbowo. Zaczęło się na stacji w Kolonji. Był bardzo miły, ale nie chciałabym go więcej spotkać. W portfelu były papiery no i ten plan. Pan Buscap obiecał mi pięćset funtów nagrody — ale cóż, zanim wróciłam z Francji już było po katastrofie.
— Doprawdy, pani ma dziwne szczęście.
— Proszę pana, jak się zacząć zastanawiać nad każdą rzeczą, to na świecie wszystko będzie dziwne. Życie trzeba brać poprostu. Raz się ma pecha, raz szczęście... Jednemu się wiedzie, drugiemu nie.
— Ale pani specjalnością są oficerowie floty?
— Tak jest. Podstawy operacyjne łodzi podwodnych, mapy morskie, pola minowe, stocznie portowe, obrót łodzi straconych i nowozbudowanych. Dla Anglików to były rzeczy najbardziej interesujące, teraz zapewne będzie inaczej, ale ja się potrafię przerzucić na zadania lądowe. Choćby broń chemiczna, w różnych ośrodkach produkcji mam doskonałe znajomości.
— To dobrze.

Przebojowy superfilm „Bogowie Germanji“ czekał na wiosnę i na zdjęcia w terenie, reklama przymilkła i Berlin potrosze zapomniał o Evie. Wytężenie dwuch tygodni walki a potem oszałamiający, nadspodziewany ogrom zwycięstwa zabrały wszystkie myśli ludzkie. Znikły ciężkie troski i małe zainteresowania dnia. Cały naród dźwignął się ku wzniosłości, przez ten czas każde serce niemieckie biło