Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/57

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dunku pewnej osoby, byłam w tym czasie wie Francji. Prosty traf — na mój rozum — miałam szczęście i tyle. Chciałabym mieć takie same szczęście na służbie u pana.
— A wszyscy tamci? Siedemnaście osób?
— Przeszło trzydzieści, panie szefie!
— Przeszło trzydzieści osób! Skąd pani o tem wie?
— Jakto skąd? Z naszej policji wojskowej. Mam tam idealne stosunki.
— A teraz, proszę powiedzieć, jak pani wydostała plan ofensywy? Oczywiście nabrali panią. To znaczy podejrzewali, że pani zawodowo szpieguje, i podsunęli dokument fałszywy dla zmylenia nieprzyjaciela.
— Nie wiem, czy był fałszywy, od tego są mądrzejsi. Zresztą pan Ludendorff w ciągu dwuch tygodni walki trzykrotnie zmieniał swój cel strategiczny i dyrekcję ataku. Plan to jest tylko plan. W wykonaniu często się zmienia do niepoznania.
— Pani się zna na strategji?
— Całkiem nie, tylko słyszałam, jak o tem zwycięstwie gadali między sobą oficerowie.
— Cóż gadali?
— Ano — klapa i już.
— Więc jak pani zdobyła ten plan?
— Skąd go wzięłam? Nad ranem ukradłam portfel jednemu majorowi z Ministerstwa, kiedy spał pijaniusieńki i uciekłam. On mnie pierwszy raz w życiu widział i ja jego. Jechał z frontu