Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/56

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


pani miała przy sobie coś takiego? Często pani bywa pijana?
— Nie znoszę alkoholu!
— Więc kokaina? Eter?
— Owszem, panie szefie, do tego się poniekąd poczuwam...
— Ma pani dobre poparcie, więc przyjmuję panią narazie tytułem próby. Na dawnych warunkach.
— To niemożliwe! Tembardziej, że pan Jakób Storhus, płatnik angielski, z powodu chwilowego wyczerpania się kredytu zaległ mi za dwa miesiące. Teraz siedzi jak cała reszta i nie wyjdzie już na świat boży. Jabym prosiła o podwojenie dawnej płacy. Jestem tego warta.
— To się zobaczy. Kto z tamtych zna pani prawdziwe nazwisko? Adres?
— Jeden jedyny szef angielski, stary Buscap. Ten nie wsypie.
— Każdy wsypie, jak mu wsypią cokolwiek więcej ponad granice jego wytrzymałości.
— Każdy, tylko nie on.
— Cóż to znaczy — on?
— Straszna kanalja, ale twardy. Zresztą wie, że jemu i tak nic nie pomoże. Zawsze unikał rzeczy niepotrzebnych.
— Jak się stało, że pani jedna jedyna wyszła cało z takiego generalnego pogromu?
— Wiedziałam zgóry, że pan o to zapyta. Inaczej byłoby nawet dziwne. Jak pan wie z mel-