Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/55

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


W powietrzu wisiał kurz i smród zastarzałej stęchlizny. Pod jaskrawą karykaturą portretu starego Wilhelma w ażurowych ramach, wycinanych laubzegą, siedziała młoda osoba uśmiechnięta z papierosem w zębach. Jej smukłe kształty, krótko ostrzyżona głowa i bezczelny uśmiech zdradzały jakby przebranego chłopca, jakich wielu włóczyło się w tych czasach po Friedrichstrasse w okolicy dw  .
— Witam...
— Moje uszanowanie panu!
— Zapytam na początek — czy pani jest kobietą? Przecież ja to muszę chyba wiedzieć?
— Jestem kobietą, ale jeżeli pan się chce osobiście przekonać? Cóż...
Rozejrzała się z grymasem odrazy po tym podłym salonie.
— Jeżeli pani ma u mnie służyć, musi pani natychmiast porzucić ten skandaliczny styl. Pani zwraca uwagę. Ubierać się mniej krzycząco! Jak pani patrzy?
— Ależ, panie szefie, na tem polega mój główny chwyt, ja się nie obracam po salonach, tylko między oficerami, w koszarowych kwaterach, po knajpach, po spelunkach!
— Niech pani zachowa wszystkie swoje chwyty, ale niedopuszczalne są skandale uliczne! Pani styl prowokuje policję obyczajową. Takie rzeczy są mi zupełnie niepotrzebne. Wczorajszą noc przesiedziała pani w komisarjacie na Melchiorstrasse. A gdyby