Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/50

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ustały wizje, które przez czas i przestrzeń sięgały zawsze niechybnie aż do Ciebie. Cios mnie powalił i na długo, długo zatraciłam się, byłam niczem, nie byłam sobą — Twoją Ritą...
...Teraz wiem o Tobie, Fell, ach, tak cudownie, tak wyraźnie!... Dookoła skaliste wzgórza, kępy wiecznozielonych dębów, srebrzysty potok... W dolinie wśród płaskich wrzosowisk miasteczko, czerwone mury, dwie wieże kościelne, za miastem czworobok długich baraków, ogrodzonych drutem. Na pustym kwadracie wewnętrznego podwórza gdzieniegdzie ocalały niewydeptane pasma wrzosów. Grupy naszych biednych oficerów przechadzają się zwolna, krokiem znudzonym. Nie mogę jeszcze odróżnić Ciebie, jeszcze niedobrze widzę... To musi być gdzieś na odludziu, daleko od morza, daleko od kolei. Może w północnej Szkocji?
...To Ty?!
...Biedny mój, ukochany!... Takiś smutny, wychudły, pochylony... Feli, podnieś głowę, spojrzyj wdał, wytęż wzrok — to ja na Ciebie patrzę, tu ja na Ciebie czekam! Wiedz, że nic nas nie rozdzieli, że nic Ci więcej nie grozi. Gdy ja odzyskałam moją dawną władzę widzenia tego, co w; dalekościach utajone i umiem przeniknąć naprzód to, co ma być, bądź spokojny! Czekaj wytrwale, bo minie wojna i niewola — naszem będzie szczęście!
Pisała jednym tchem, nienasycona tą pierwszą z nim rozmową. Prawda tego była tak oczywista, że żadna myśl rozsądna, żadna ostrożność nie mąciły