Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/49

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


W czasach nieszczęścia Rita unikała „Symfonji“, którą umiała na pamięć i w różnych nastrojach różnolicie przetwarzała po swojemu. Starała się o niej nie myśleć, tłumiła jej głosy, odzywające się w niej niekiedy w zadumie, w rozżaleniu, przez sen... Za nic nie pozwoli jej odżyć, jeżeli sądzone jest, że Fell nie ma już wrócić.
Teraz chłonęła czar i szczęście ukochanej melodji, witała w sobie wiarę, wracała do życia. Wszak przyszła sama, snać poznała swój czas...
Porywczo wzniosła głowę i promiennemi oczami w zachwyceniu zapatrzyła się w portret męża. Jakże dawno go nie oglądała!... Teraz jej wolno. Bez rozpaczy, bez łez, bez tej okropnej krzywdy w sercu będzie mogła z nim przebywać i czekać wiernie, spokojnie. Będzie liczyła dni, zacznie czytywać gazety, rozmawiać z ludźmi, żeby wiedzieć co się dzieje na świecie i zgadywać, kiedy skończy się wojna.
Pisała szybko, w natchnieniu. Co chwila odrywała się od pisania i długo patrzała w oczy męża. Wówczas na jej zbolałej twarzy, napiętnowanej nieszczęściem, budził się dawny, pradawny uśmiech. Odwykła od niego, był jej nowy i drogi, ale bolał ją ten uśmiech, powracający z wiecznej zda się zaguby. Teraz będzie inaczej, wszystko inaczej!
—...Widmo nieszczęścia zgnębiło mnie, starło na proch. Pomąciły się we mnie myśli, sądziłam o rzeczach niesłusznie, myliło się wszystko w mej głowie. Straciłam zdolność odgadywania prawdy,