Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/45

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


na klucz oboje drzwi od gabinetu męża i stanęła pośrodku wielkiego pokoju. Nie odwracając głowy rzucała po bokach ukradkowe trwożliwe spojrzenia, ale wszystko było w spokoju. Pradziad mężowski, generał artylerji pruskiej, Ireneusz baron von Tebben Gerth nie przeszywał jej złem spojrzeniem, tkwił obojętnie w złotych ramach i nie patrzał. Zawieszona nad kominkiem głowa antylopy z kręconemi rogami nie pobudzała do płaczu swemi żałosnemi oczami pełnemi skargi. Nie narzucało się, nie gnębiło za tym razem bronzowe popiersie Bismarka, stojące na półce bibljotecznej.
Za oknami między nagiemi konarami alei nadbrzeżnej przemykał się mętny wezbrany nurt Renu. Na rzece spokój, woda po ostatnich deszczach podniosła się tak gwałtownie, że pod jednym z mostów zabrakło kilku centymetrów wysokości, żeby przepuścić bodaj holownik. Po tamtej stronie dymy z kominów „Badische Anilin und Soda Fabrikation“ unosiły się wprost ku niebu, jak z miłych bóstwu wojny świec ofiarnych.
Rita ostrożnie podchodziła do mężowskiego biurka, usiłowała nie spojrzeć na portret, zawieszony na ścianie między oknami, nawet przymrużała oczy. Z zakłopotanym, przekornym uśmieszkiem wślizgnęła się w głęboki fotel skórzany, rozłożyła papier i koperty. Przez głowę jej przepływały półmyśli, półobrazy, półmelodje, imiona, miejsca, czasy, momenty senne, zjawy minionej nocy, rzeczy własne, tajemnie zmyślone, jakieś sprawy