Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/46

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wielkie, a nieistniejące, które nastręczały się natarczywie i domagały się szybkiego rozważenia... Otrząsała się z zamętu, zdążając do czegoś jedynego, ale na drodze myślenia wyrastały wciąż nowe przeszkody irytująco błahe, a niektóre były straszne...
...Sternik Gebeschuss stał nad nią tuż wsparty ciężko o biurko i szeptał swoją mową blaszaną i zgrzytliwą dalszy ciąg o losach załogi U. C. 17. Wychorował się i wreszcie przypomniał sobie wszystko, co było. Z panem lejtenantem zetknęli się na powierzchni i przez jakiś czas trzymali się razem, unoszeni na fali... Pan lejtenant gadał szybko, szybko i nakazał mu zapamiętać i (jeżeli wyjdzie cało) powtórzyć, ale pan lejtenant wnet zdrętwiał z zimna, trzęsło go i z reszty już niepodobna było nic wyrozumieć. Uderzył wicher, śnieżyca i rozdzieliło nas, a potem wnet i ja zacząłem drętwieć...
— Ależ, na Boga, co on powiedział?
— Rzeczy były różne, pani komendantowo, ale grunt w tem, że kazał mi zapowiedzieć pani komendatowej, że on, to jest pan lejtenant napewno wróci do domu prędzej czy później.
— Więc cóż?! Co ja z tego wiem?... Nic!
— Ja myślę, że to dużo znaczy, bo jak pan komendant tak obiecał, to napewno powróci. My go znamy, on już jest taki.
— Skądże on nieszczęsny wróci? Z tamtego świata? Z głębiny morza?...