Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/39

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


raźliwy zgrzyt — jęk — świst. Tłum, prysł na wszystkie strony, do sklepów, w bramy kamienic, pod ściany. Pękła kolumna jeńców i rozsypała się po całej szerokości bulwaru. Wielu padło na ziemię. Policjanci, ratując sytuację, gwizdali gorliwie.
Przeleciało, poszło dalej zawzięte, wściekłe wycie pocisku. Wnet przez wrzawę ulicy, po przez histeryczne zawodzenie kobiet, przez nawoływania, przez śmiech, przez wrzaski żołnierzy, sprawiających do porządku kolumnę jeńców, przebił się i zawisł w powietrzu ciężki, przeciągły pogrzmot.
— W ratusz trafił!
— Nie, dalej, dalej.
— Gdzieś koło Panteonu!
— Boże, zmiłuj się nad nami...
Senator Guillet Goudon z trudem dźwigał się z ziemi, długo stękał i wzdychał i długo oporządzał ubranie, unurzane w błocie jezdni. Melon jeszcze przed chwilą nieposzlakowany i senatorski był fatalnie rozdeptany przez kogoś w ucieczce, a parasol przepadł bez śladu. Senator, zaznawszy tęgiego stracha, wnet ochłonął i poczuł w sobie miłe odświeżenie sił, jakby ocknęło w nim się coś z dalekiej młodości i coś przypominającego niemal męstwo, gotowe i na dalsze niebezpieczeństwa.
Naturalnie, oczywiście, to nie było nic, ale niema mocniejszego, szlachetniejszego impulsu dla podupadłej woli, jak groza śmierci. Śmierci bojowej! I dobrze, że nas wzięli pod obstrzał swego djabelskiego działa. Przelotne raidy aeroplanów nie har-